"Mafia" czyli parcie na szkło

Masa o bossach polskiej mafii - Gorski Artur

Na samym początku, już w prologu, zaskakuje mnie megalomania Masy, który próbuje wmówić czytelnikowi, że mafia stała się jakimś pozytywnym bohaterem w Polsce. A przy tym obraz wyłaniający się z jego opowiadania dowodzi, że ta mafia nie ma nic wspólnego z amerykańskimi "janosikami" (nie byli liczni), którzy w czasie wielkiego kryzysu łupili banki (które wcześniej złupiły obywateli), część pieniędzy z rozboju rozdając potem ubogim lub zakładając pomagające im fundacje. Tyle wyobraźni to polscy urkowie nie mieli. Przeciwnie: polska mafia grabiła wszystkich, także bezbronnych staruszków i drobnych ciułaczy. Dlatego jego słowa, że gdy "skończyły się rządy kacyków, Polacy zapragnęli prawdziwego bossa. I mafia im go dała." są dla mnie tylko efektem projekcji lub próbą nędznej manipulacji. Zastąpili co najwyżej negatywnych bohaterów - wierchuszkę PZPR, która też lubiła się zabawić na cudzy koszt. Chodzi mu zapewne nie o Polaków, a o byłych towarzyszy i negatywnie zweryfikowane SB, które po części weszło do kryminalnego półświatka. A w części zapewne utworzyło swój, o którym Masa ma niewiele do powiedzenia. Albo nie chce mówić.

Trochę naiwnie w swym prologu brzmi Górski, gdy zestawia polskich bossów z amerykańskimi i zastanawia się, dlaczego sam nie został przestępcą. Z jego perspektywy "wystarczy ukraść bułkę a potem stawiasz sobie ambitniejsze cele i stajesz się bandytą" (s.10). Jakież to proste, prawda? Nie mam za złe dziennikarzom, że piszą o przestępcach - jest to część naszej rzeczywistości, którą warto poznawać, by wiedzieć, jak świat działa. Mam za złe jednak to, że chcą zarabiać na epatowaniu złem, próbując zarazem zrobić z przestępców ikony pop kultury. Górski pisze przede wszystkim dla tych szarych ludzi, którzy fascynują się światem przestępczym, ponieważ ich życie wydaje im się nudne i bezbarwne. Nie są to, wbrew pozorom, tylko ludzie ubodzy. Nie rozumiem ich fascynacji tak samo, jak tych wszystkich naiwnych "lasek" z dyskotek, które służyły mafiozom za materace na jedną noc. Chyba, że to co opowiada o tym Masa to konfabulacja dla przydania sobie męskiego splendoru. "Erotomanów-gawędziarzy" nie brak. Z drugiej strony tę ich "atrakcyjność" może również częściowo wyjaśniać i to, że niejeden z nich siedział za gwałt (opieram się na tekście książki).
Drugiego celu jednak, jaki Górski ambitnie sobie zakładał: pokazać, jak się w człowieku rodzi zło (s.11), na pewno nie osiągnął, poprzestając na zdawkowym opisie szemranych "biznesów" i mafijnej codzienności, z nieodłącznym szastaniem pieniędzmi, ma się rozumieć.

Wiele z określeń użytych w tekście w odniesieniu do opisanych prymitywów z mafii brzmiało dla mnie absurdalnie: bossowie, tuzy, elita, establishment. Ten zachwyt dziennikarzy i tabloidów (a w konsekwencji także niewybrednej publiki) dla rębajłów, kafarów, bandytów, morderców i złodziei, którzy nie walczą z opresyjnym aparatem państwowym (za PRL-u mogliby pomóc podziemiu choćby jako cinkciarze w operacjach walutowych, czy przy odbijaniu sprzętu lub ludzi od milicji) czy innymi zorganizowanymi strukturami, lecz wolą torturować bezbronnych emerytów, strzelać do kasjerek i terroryzować drobnych właścicieli barów. Więc porównania i pozowanie na bohaterów Hollywoodu wydały mi się tak małe i naiwne, że aż śmieszne. A Masa potwierdza, iż niektórzy z gangsterów rzeczywiście je naśladowali (Western, Rympałek) i mieli parcie na szkło (Nikoś i "Sztos"). To dla mnie - mimo całej brutalności - nie mafia, lecz piaskownica. W porównaniu z mitomaństwem dziennikarza Masa jest jednak realistą, gdy nie raz wyśmiewa się z jego usiłowań, by przenosić amerykańskie lub włoskie kalki na znanych sobie mafiozów ("tacy z nich ojcowie chrzestni, jak z koziej cipy worek kartofli!. Bajki są dla dzieci, a poważni ludzie nie powinni w nie wierzyć"). A Górski chce tworzyć bajki.

O prawdziwej mafii - w bardzo zawoalowany sposób - Górski wspomina 2 razy, gdy pisze, że każdy z recydywistów za PRL-u otarł się o współpracę z SB i że wszyscy świadkowie, którzy zaczynali mówić o powiązaniach kryminalnych z polityką, umierali "na serce". Także z tej książki widać, że to nie ta mafia, o której mówi Masa, za tym stoi. To, co tu czytamy, to tylko balonik wypuszczony dla mediów. O prawdziwej mafii nikt pewnie jeszcze się nie odważył napisać. W każdym razie nie Górski, który tu wywija muletą, by odciągnąć uwagę od prawdziwych bossów, opisując tylko kryminalny folklor. A tym, co naprawdę rozdają karty, nie zależy na dziecinnym rozgłosie i pozowaniu na ojców chrzestnych - pieniądze lubią ciszę.

P.S. We wszystkich doniesieniach prasowych i serwisach internetowych (z których Górski pełną garścią korzystał) nazwiska gangsterów podaje się w pełnym brzmieniu. W książce - tylko imiona. Dość skutecznie utrudnia to lekturę.