Literacki Chagall o Łemkach spod Baraniego

Carpathia. Trylogia łemkowska 1 - Maroš Krajňak

Język tej prozy jest nienaturalny, czasem udziwniony - autor w przeważającej partii tekstu pisze bowiem w czasie teraźniejszym i przyszłym, antycypując niejako językowo wydarzenia, które w gruncie rzeczy są już przeszłością. Nie jest to zabieg przyjazny dla czytelnika, ale obrazy nim przywoływane w jakiś sposób wywołują podobnie niesamowitą rzeczywistość, jaka dla innego czasu, innego ludu i innego kraju wyłania się z obrazów Chagalla. Rzeczywistość cudowną i magiczną, ponieważ pamięć ludzka, a tu także pamięć drzew, zwierząt i kamieni - pamięć świata - sprawia, że wszystkie zdarzenia, myśli i uczucia z przeszłości istnieją dalej: bohater spotyka na drodze postaci żołnierzy, którzy w różnych wojnach zginęli w okolicach Dukli, ożywają zabite zwierzęta. Wszyscy oni mają wpływ na rzeczywistość, przenikają się wszystkie czasy, są jednocześnie aktualne. Bo wszystko, co się stało - jest.

Motyw nawiedzających ten rejon wojen jest w powieści cały czas obecny - wszyscy zbierają porozrzucaną po lasach i górach amunicję, wykorzystując jej elementy do codziennych potrzeb a nawet w sztuce. Autor nazywa kilkanaście miejscowości i szczytów górskich, można się więc zorientować, jakie mniej więcej tereny oznaczone są, jak w filmie "Stalker" Andrieja Tarkowskiego, kryptonimem specjalnej psychofizycznej strefy (z rosyjska: "zony"): 3,2,1, 0. Ta ostatnia, epicentrum, z którego pochodzi narrator - wioska jego dzieciństwa, wydaje się leżeć już po polskiej stronie. Gdzie to jest, trzymane jest jednak w tajemnicy. Podobnie inne ważne miejsca dalszych "zon" nie są nazywane wprost, lecz poprzez związki z krewnymi i znajomymi narratora: wioska Heleny, wioska Diabła itp. Bywa to nużące. Jednak mam wrażenie, że autor musiał to zrobić w odruchu obronnym: jeżdżąc w celach genealogicznych po nieistniejących (akcja Wisła w Polsce) lub zrujnowanych i zasiedlonych na nowo przez przyjezdnych miejscowościach, konstatując ich zapyziałość, brak jakiegokolwiek smaku przy remontach chałup, obrazujący nieznajomość tradycji regionu i mentalne zacofanie nowych osiedleńców (nota bene obraz wypisz-wymaluj tego, co działo się często także z wioskami na polsko-czeskim pograniczu, nie tylko na polsko-słowackim: i tu, i tam paliło się w piecach drewnianymi elementami opuszczonych, starych, tradycyjnych chałup) musiał zastosować jakiś zabieg ukrywający rzeczywistość. Inaczej byłby to obraz zagłady tradycji i upadku. Obraz braku kontynuacji związanej z tą ziemią kultury (łemkowskiej). Żywi odcięli korzenie łączące ich z tradycją - przedstawia to obraz chłopa, który by zebrać czereśnie, bezmyślnie ścina piłą motorową całe drzewo, które od pokoleń ("od czasów celtyckich") karmiło wspaniałymi owocami całą wieś. Tradycji strzegą już tylko cienie przodków, duchy. Bo ci, nieliczni, którzy jeszcze mogliby się do niej przyznać, ukrywają się z nią przed światem, chcą jakby sami zapomnieć kim są, tak jak wolą zapomnieć barbarzyńskie, kłusownicze polowania na zwierzęta czy obdzieranie żywych jeszcze rannych i zostawianie ich na pewną śmierć w lesie dla pary butów w czasie ostatniej wojny oraz wiele innych traumatycznych wydarzeń, które dotknęły cały ten region w minionym stuleciu. Dlatego cudowność w opowiadaniu jest potrzebna, by móc oswoić brutalną przeszłość, a zarazem uatrakcyjnić peregrynacje po tej krainie dziś. Inaczej pozostałby z tego jedynie smutny reportaż o śmierci kultury, o końcu świata Łemków.

Nie wiem, w jaki sposób autor to osiągnął, ale ja, znając te okolice, mam wrażenie, iż jego proza - wbrew całej fantasmagorycznej otoczce - mówi nie tylko o realnych wydarzeniach i ludziach, lecz także o pewnej emocjonalnej, ludzkiej prawdzie tych miejsc. Choć jest to już perspektywa człowieka z zewnątrz, z wielkiego miasta, z "Łemkowyną" związanego wyłącznie przez pamięć rodzinną. A z perspektywy "z zewnątrz" trudno dostrzec pozytywy zmian.

P.S.
Być może Keso w powieści to słowacki filmowiec Jozef Keso Keselica a Dezider Milly, o którym się tam wspomina, był profesorem malarstwa i grafikiem, wywodzącym się także z Rusinów.