Dom dzienny, dom nocny

Dom dzienny, dom nocny - Olga Tokarczuk Z powieści w pamięci, po latach, wciąż wyraźnie rysuje mi się sytuacja Niemca - wygnańca z Sudetów, który umarł na szlaku gdzieś w Masywie Śnieżnika, a którego sobie polska i czeska służba graniczna nawzajem podrzuca na drugą stronę, żeby się pozbyć kłopotu... Symboliczna scena i dotyczy wszystkich wygnańców, nie tylko niemieckich, którzy sercem pozostali w swej rodzinnej ziemi, ale nikt ich tam już nie chce - są niczyi i znikąd. I jeszcze jakaś niejasna teoria o spotykaniu na życiowej drodze kogoś, kto jest dla nas kwintesencją człowieka, który nas pociąga. Odprysk wiary o dwu połówkach jabłka, lecz tu w bardziej współczesnym wydaniu, mniej romantycznym. O niemożności odrzucenia kogoś takiego, nawet, kiedy życie już ułożyło się inaczej. Poza tym fascynująca forma książki jako kołacza z bakaliami : powolna akcja, przeplatana dowcipnymi wstawkami z przepisami na zupy z muchomorów, opowiadaniem snów ze stron internetowych, na których ludzie dzielą się nimi, inkrustowana historiami o świętych lub o ruchach religijnych na Kłodzkiej Ziemi. Jak święta Wilga, której kult powstał przez pomyłkę i jej uparte powtarzanie. W taki sam sposób musiałaby powstać nowa, żeńska postać Chrystusa (który, jak w pewnych kręgach wiadomo, też był kobietą!), gdyby dziewczyny nadal uparcie w kościołach śpiewały: "Otrzyjcie już łzy PŁACZĄCE, żale z serca wyzujcie...." To wszystko, to przyswajanie historii ziemi rodzinnej na sposób bardzo osobisty, ma wielki potencjał wiążący z "małą ojczyzną", w której się mieszka, a która jest też źródłem całego opowiadania Tokarczuk - jej dom tam właśnie stoi. Notabene jeśli pozostałe postacie są tak barwne w rzeczywistości, jak Marek Marek, którego poznałem osobiście, to życie jest o wiele ciekawsze niż książka. Ale życia nie dałoby się przeczytać, więc wielkie dzięki za książkę!