Gulasz z turula

Gulasz z turula - Krzysztof Varga Spojrzenie na Węgry czarniejsze niż "czarne" patrzenie Stasiuka na Polskę. Czarniejsze, bo nie możemy od razu porównać rzeczywistości z opisem: brak nam doświadczenia Węgier, dlatego właśnie wydaje się to bardziej beznadziejne. Obaj autorzy to dzieci jednego pokolenia, które już takie jest - założyło ciemne okulary w czarnych latach osiemdziesiątych, w których dorastało, i spoza nich ich wzrok już się nie wydobył...Varga to antyromantyk. Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga? Nie, nie - on z tych, co bez serc i bez ducha. Raczej cynik, bo Stasiuk to jednak pozytywista... O Węgrzech tak źle pisać może tylko Węgier. Po prostu nie dostrzega żadnej pozytywnej strony. To co było dobre, właśnie znika zabudowane przez nowe bloki, zadeptane przez turystów. Cóż się dziwić - znika bezpowrotnie kraj dzieciństwa autora - to każdego boli. Dlatego Varga raczej nie może się spodziewać węgierskiego medalu za propagowanie kraju za granicą, jak Stefen Müller (od Niemiec), czy Mariusz Szczygieł (z Czech). Mimo wszystko nie potrafił mnie zniechęcić - ani do Węgier, ani do Studienreise w tamtą stronę. Cóż pozostaje z książki? Mnie - kilka adresów i potraw, parę odniesień do filmów i literatury, parę przydatnych słów. Żadnych przemyśleń nie zatrzymam...Czy w ogóle były w tej książce jakieś przemyślenia? Raczej luźne myśli - autor z niechęcią myślał o węgierskiej historii i dumie narodowej. Pierwsza wydała mu się przegrana, druga śmieszna, aspiracje niemożliwe do spełnienia, wręcz niebezpieczne. Życie beznadziejne, samobójstwo uzasadnione. Cieplej - tylko o rodzinie, ale też bez iluzji. O Polakach, że nie znają się na winie (co - en masse - niestety prawda) i piją najgorsze węgierskie deresze - Egri bikavér, a fe... No cóż, o gustach się podobno nie dyskutuje. A mnie i tak smakuje, choć znam lepsze. Varga zaintrygował mnie jednym - boskim posłańcem, turulem. Poszukam informacji o nim już na własną rękę i nie będę go szukał na osranym przez gołębie dachu, jak on. Zamykając ostatni rozdział depresji (cóż za kontrapunkt: biała nie czarna okładka!) i nucąc pod nosem pieśń filaretów ("Precz od nas smutek wszelki! Zapal fajki, staw butelki!") myślę sobie, już po lekturze, że podobieństw między Polakami i Węgrami może być o wiele więcej, niż nam się wydaje - dwa bratanki, bynajmniej, nie tylko do szabli i do szklanki...Uwaga: ex post ogólne wrażenie nie jest tak deprymujące jak obraz podczas czytania!