Sens widać u kresu życia lub w głębokim ucisku

Obsługiwałem angielskiego króla - Bohumil Hrabal

Przez niemal całą powieść przyglądamy się małemu - dosłownie i w przenośni - człowieczkowi, któremu się wydaje, że jedyną drogą do szczęścia i ludzkiego poważania są pieniądze. Nieważne są dla niego ani uczciwość, ani patriotyzm - tylko własne dobro i konsekwentna realizacja swego "bohemian dream": od pikolaka do właściciela najbardziej luksusowego hotelu, milionera. Czyli powszechna i dziś wiara w dobro kapitalizmu. Dwie cechy jednak budzą w nim sympatię - sympatię czytelników na zewnątrz i sympatię dziewcząt w powieści: nieprzywiązywanie się do drobnych i umiłowanie piękna w dawaniu. Jakkolwiek rozrzucanie drobnych ma w podtekście pewną dozę pogardy dla tych, którzy na nie się rzucają (a bogaci czynią to nie mniej niż biedni - dlatego właśnie są bogaci, że zbieranie pieniędzy jest ich drugą naturą), to umiłowanie ciał dziewcząt jest szczere i nabożne - kobiety to pewnie poznają i potrafią docenić. Słuchając nieprawdopodobnych przypadków życiowych, opowiadanych w formie gawędy czy przypowieści przez narratora-bohatera, bowiem każdy rozdział kończy się apostrofą do słuchaczy, że na dziś wystarczy, obserwujemy, że ten wciąż uczy się i dojrzewa. Pewnie nie przypadkiem autor dał mu nazwisko "Ditě" czyli dziecię, którym pozostał do końca, choć w swym sprycie prostaczka próbował w trudnych czasach z powodzeniem podszyć się pod Niemca (Ditě - w niemieckim zapisie Detsche - Deutsch = Niemiec). Jednak nasza sympatia do niego jest wciąż bardzo ograniczona. Mimo, że wyraźnie widać, jak bardzo mu zależy na niej zależy: on chciałby być lubiany, poważany, ceniony, podziwiany - chciałby brylować wśród ludzi. I dopiero gdy mu się w jego dążeniach noga powinie ostatecznie, gdy trafi do więzienia a potem na pogranicze, by samotnie budować drogę w niezamieszkałych górach, z których wyrzucono Niemców sudeckich, gdy jedynymi jego towarzyszami niedoli zostaną kot, pies, koza i...lustra, dowiaduje się, kim jest naprawdę i co jest w życiu naprawdę ważne. Znamienne słowa: "teraz, kiedy zleciałem z niebios na łeb na szyję, stwierdziłem, że ta moja gwiazda lśni mocniej niż przedtem i że dopiero teraz będą mógł zajrzeć wprost do jej serca, do samego środka, i że to wszystko, co dotychczas przeżyłem, musiało osłabić moje oczy tak, żeby mogły więcej przeżyć i więcej znieść. Znaczy, żeby zobaczyć i poznać, musiałem osłabnąć. Tak było..." Ponieważ "człowiek prawdziwy, z klasą, to tylko taki, który potrafi zdobyć się na anonimowość, wyzbyć się fałszywego ja". Zdaje się, że koniec tej powieści to credo pisarza, któremu był wierny w swoim życiu. Ważne jest bowiem nie to, kim będziemy dla ludzi, lecz jak staniemy wobec śmierci. Bo jedyne, co realnie i ostatecznie możemy sobie w życiu wybrać, to co najwyżej to, czy nasze kości spłyną do morza Czarnego, czy do Bałtyku. O ile mamy szczęście mieszkać w okolicy działu wodnego. I że gwiazdy widać wyłącznie o zmierzchu, a jeśli w dzień, to tylko z głębokiej studni. Innymi słowy - zauważamy to, co piękne i istotne dopiero pod koniec życia, a wcześniej tylko w głębokiej niedoli. To pewnie hrabalowska parafraza sądu Herdera o cywilizacjach: "sowa wylata o zmierzchu". Cywilizacje, twierdzi Herder, mądrość osiągają dopiero pod koniec swego rozwoju. Hrabal zastosował tę zasadę do rozwoju duchowego jednostki. Ale ta mądrość nie jest dana człowiekowi automatycznie - trzeba, jak bohater powieści, jak jej autor, umieć otworzyć się na swój los, umieć uczyć się z niego i pozostać skromnym, i wiernym temu, co piękne. A sam człowiek też nie jest nigdy piękny, gdy jest rozwrzeszczany i butny, lecz dopiero gdy staje się pokorny i refleksyjny, gdy wie, że może ostatni raz patrzy na świat, ostatni raz spotyka się z ukochaną, jak żołnierz przed wyjazdem na front... Ostatnie 20 stron decyduje o klasie tej powieści. Film jest niezły, ale wybiera z niej tylko ważniejsze epizody.