tsantsara

Skrytobójcy w Gdańsku

Oko Jelenia. Triumf lisa Reinicke - Andrzej Pilipiuk

W piątym tomie przygód belfra i gimbusa ze współczesności w 16 wieku mamy okazję przyjrzeć się realiom życia w ówczesnym Gdańsku. Po raz pierwszy dostrzegam dbałość o te realia, choć fantastyka ma swoje prawa i nie musiałaby ich tak przestrzegać (i nie przestrzega). Obaj bohaterowie coraz lepiej posługują się staropolszczyzną - i słusznie, w Gdańsku mają okazję się jej trochę poduczyć. Pilipiuk ponownie objawia się jako piewca kozackiego ethosu - i dobrze, należy niwelować błędne, tylko negatywne stereotypy posienkiewiczowskie. Również urzędnicy miejscy oraz ceklarze są tu nieoczekiwanie solidni i niemal nieprzekupni, co się im chwali ("obywatelu popieraj swoją policję!") - to słuszna opcja państwotwórcza. Mimo to trup ściele się gęsto, pojawiają się też nowe strony międzygalaktycznego konfliktu: oprócz tajemniczych, niemych ninja pieczętujących swe czyny wilczym ogonem objawia się Markowi, niczym duch w pijanym widzie, pierwotny właściciel scalaka-Oka Jelenia, potrafiący podróżować w przestrzeni Minkowskiego (Pilipiuk popularyzuje mimochodem jego teorię czwartego wymiaru). To zagęszcza akcję, zapowiada jej dalszą komplikację i może wyjść tylko na dobre dalszym tomom cyklu.
Najsłabsze, jak zwykle w tym cyklu, są "moralne rozterki" Staszka związane z seksualnością i żal Marka, że nie czytał literatury, która mogłyby mu się przydać w życiu (np. kryminałów, by wiedzieć, jak zachować się w więzieniu). Wiadomo - życia można się nauczyć tylko z literatury. Doceniam żart, w którym Pilipiuk cytuje nazwiska "szlachetnie urodzonych warchołów" zapisane na ścianach gdańskiego loszku - przynajmniej po części innych autorów polskiej fantastyki.

Kolonizacja Skandynawii po chińsku

Pan Wilków - Andrzej Pilipiuk

Marek nudzi się w Gdansku, Staszek zaś zostaje bohaterem szklarni Północy, choć kwęka i ma absurdalne skrupuły rodem ze współczesnej Europy, że nie wolno się bronić, bo się pójdzie do piekła. Obaj wierzą, że się do niczego nie nadają. Jakaż to odmiana w stosunku do poprzednich odcinków... Za to Kozak Maksym Omeljanowicz ze swym zdroworozsądkowym podejściem do życia, śmierci i natury (choć zna chłop zasady jatromedycyny Paracelsusa, więc jest nieźle, jak na swój stan oczytany) emanuje pozytywnie przez autora odmalowanym ethosem kozackim.

Główni bohaterowie są całkowicie zlaicyzowani i niby (prawie) dorośli, lecz wciąż, o dziwo, nękają ich wyrzuty sumienia dziecka przed komunią. Ich absurdalne przywiązanie do dobrodziejstw cywilizacji byłoby może zrozumiałe, gdyby nie chodziło o tak bzdurne detale jak papier pakowy: Marek kupiłby prezent dziewczynie, no ale jak to zapakuje? Przecież w tych czasach nie ma NAWET papieru pakowego... I? Nie kupi żadnego prezentu, oczywiście. No, dramat. Tylko agresję budzą, zasrańcy.

Ale akcja jest żwawa, trup ściele się gęsto, momenty były...apage!

Życie to serial, gorzej: komiks, jeszcze gorzej: dla dzieci

Awantura na moście - Marcin Hybel

Być może czytelnicy Pratchetta czy innych autorów bawiących się gatunkiem potrafią znaleźć dla tej powieści jakąś szufladkę - mnie nieco zaskoczyła. Zmagasz się najpierw przez pół książki (jakieś 120 stron) z infantylnymi pseudo-historyjkami starającymi się jedynie zobrazować, jak bardzo nic się nie dzieje, a wszystko to opowiedziane patynowanym językiem - "na niby" staropolskim, w "na niby" przedchrześcijańskim świecie (choć pada data założenia grodu: 1131, co działo się "przed półwieczem", czyli czas akcji to koniec 12 w.). "Mieszkańcy Nogradu wiedli spokojny żywot. Czasem jednak spokój ów był tak dokuczliwy, że zamieniał sielankowe życie w monotonną wegetację". I w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że tu wszystko jest na niby - i to średniowiecze, i to, że ktoś ci chce opowiedzieć jakąś historię. Czujesz, że to ten sam autentyzm, ta sama "materia życia", co w wypracowaniu gimnazjalisty: margines społeczny nie używa wyrazów a wszystkie postaci są przez autora kompletnie upupione - czarodziej jest pantoflarzem, złodziej - niezgułą, opat - krzyżówką PR-owca z naiwnym fantastą, zbój - pechowcem, kasztelan - dobrodusznym safandułą, szef straży - narcystycznym półdebilem. Banda idiotów i niedorajdów. Dużo gorzej niż w historyjkach o Kajku i Kokoszu, gdzie postaci mają jednak sporo wdzięku. Naraz zdajesz sobie sprawę, że jedyne, co cię jeszcze przy lekturze trzyma, to ta konsekwentna stylizacja językowa i słowotwórcza kreatywność autora, które przecie ci mówią, że to nie bajka, jaką znasz i nie rzeczywistość, ale przez samą słowiańską materię języka dotykasz i jednej i drugiej, tyle że przez sweterek parodii. Można namacać kształty, który ci coś przypomną.

Powieść jest przegadana, paple się tam bez umiaru, jednak towarzyszy temu humor i wynalazczość językowa. I tak zamiast księdza/szamana - masz bogomiła, zamiast woja/rycerza - wojmiła, płaci się nie pieniądzem, lecz płacidłami - nowe słowa, a przecież jasne i czytelne. Podobnie jest z przedstawioną rzeczywistością: niby to system feudalny - kasztelanowie, dwukółki, gościńce, rzemieślnicy - ale kupiec w zdrapce wygrywa tygodniowy turnus wczasowy w nadmorskim kurorcie, zakonnik wymyśla tricki, czym przyciągnąć wiernych do przybytku rozwieszając po miasteczku plakaty a ryby łowi dla rekreacji, zbój rozwiązuje bandę ze wzgl. na niedochodowość działalności, banda nożowników składa wnioski o zapomogę z urzędu, uzasadniając podanie koniecznością zapewnienia miejsc pracy straży królewskiej, strażnicy miejscy zaś wolą raczej dawać mandaty za srające w mieście konie, niż pilnować bezpieczeństwa na gościńcach (skąd my to znamy?). A kiedy się w mieście zdarzy bójka albo kłótnia, zaraz publiczność stawia ławki, a do ręki bierze miski z "podsmażanymi grysikowymi grudami" - czytaj: z popkornem (tu pozdrawiam denudatio_pulpae;). Kult Peruna też wygląda podejrzanie podobnie do chrześcijaństwa, już choćby w takich drobnych detalach, jak cele zakonne i ambona. Wydaje się, że całość to coś pomiędzy opowiedzianym komiksem a dobroduszną satyrą, która jednak ma na tyle miękkie ostrze, że kończy się zawsze tylko poklepywaniem po ramieniu.
Jedyną w miarę tragiczną postacią jest truchło króla-okrutnika, którego bardziej niż piekło doświadcza niedojdowatość jego własnych następców: sam bóg Perun przygotował mu powrót bardzo kunsztownie i pompatycznie, ale liczył na inteligencję odkrywcy p.o. Indiany Jonesa, i...się srogo przeliczył. Wyszło jak zawsze, bo inaczej wyjść nie mogło - zadeptali, zniszczyli, uświnili. Ksiąg nie doczytali, nie nauczyli się pisać...

Gdzieś od setnej strony wątła akcja rusza jednak i choć wydarzenia mają wymiar jedynie lokalny, by nie rzec podwórkowy, wynagradza to nieco przydługi rozbieg.
Sądząc po epilogu, autor nosi się z zamiarem kontynuacji wątku [vide: Hybel, M: Na zdrowie, 2013]. Dobrze mu życzę. Mam wrażenie, że z trochę podobnej materii kraje Pilipiuk w cyklu "Oko Jelenia", choć tam chodzi o kontekst historyczny i porównanie mentalności ludzi różnych epok, tutaj zaś o lekką satyrę na współczesne stosunki społeczne w małej miejscowości poprzez historyczny, baśniowo-słowiański sztafaż. Zresztą powieść Hybela zawiera o wiele więcej humoru, za to żadnej dydaktyki, bo głównym grzechem jest głupota i niekompetencja, a z tym jak walczyć? Nec Hercules contra plures... I nawet mi tu nie przeszkadza, że udający niewidomego zakonnik może migiem nazbierać pełne garście czarnych jagód po nocy.

Morderstwo (lub powieść) jako dzieło sztuki

Rozpacz - Leszek Engelking, Vladimir Nabokov

Jak pisarz zaznacza we wstępie, jest to jego wczesna, jeszcze rosyjska powieść napisana w Berlinie w 1932 roku i wydana 12 lat później w odcinkach (może nieprzypadkowo? - jej pierwowzór autorstwa 'Dostojnisia' też najpierw ukazywał się w prasie w odcinkach) przez rosyjskie, antybolszewickie, emigracyjne wydawnictwo "Sowriemiennyje zapiski" w Paryżu, zaś jako książka - w 1936 roku w Berlinie. W tym samym 1936 roku Nabokov sam przetłumaczył "Rozpacz" dla wydawnictwa z Wielkiej Brytanii, wysyłając potem tekst do sprawdzenia angielskiemu literatowi, znalezionemu przez jakąś berlińską agencję, lecz ten porzucił pracę, uważając, że...jest to autentyczne wyznanie, powieść Hermanna-mordercy. Wydana w 1937, nie sprzedawała się w Anglii, a jej nakład zniszczony został w czasie wojny. Opracowując ją na nowo dla wydania amerykańskiego w 1965, już w Szwajcarii, Nabokov poprawił ją i dodał cały rozdział, nie ukrywając zadowolenia, że mógł swój wczesny utwór ulepszyć już jako dojrzały człowiek. Przez to też "Rozpacz" nabrała cech stylu późnego Nabokova (to właśnie pierwsze polskie wydanie powstało na bazie rozszerzonej wersji): znakomita kompozycja, humor, swada i przekomarzanie się w narracji z czytelnikiem, wreszcie bogactwo odniesień do literatury. Mam wrażenie, że powieść ta to próba Nabokova, by 'poprawić' bądź przynajmniej wykorzystać motyw ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego w warunkach zachodnioeuropejskich. Bohaterem - nowym Zwyrodionem Romansowiczem Raskolnikowem, jak pisze - nie powoduje imperatyw filozoficzny: jak przekroczyć moralność, by uniknąć kary i w ten sposób wyzwolić się z jej ograniczeń, stać się wolnym człowiekiem w kategoriach nietscheańskich, czyli 'nadczłowiekiem'. Wychodzi on natomiast z założeń estetyki Arystotelesa, która za dzieło sztuki uważa rzecz wykonaną doskonale. Jeśli zaś każdą rzecz, to także zbrodnię czy powieść. Zbrodnia doskonała może być dziełem sztuki, uważa bohater - przedsiębiorca i początkujący literat. Być może nieprzypadkowo nosi imię Hermann - człowiek-pan, dumny, niespełniony, przekonany o własnej inteligencji i wyższości - narcyz. Feliks, jego porte parole - to człek biedny, prosty, ale - nomen omen - szczęśliwy, bo zadowolony ze swego życia. Autor wyposaża go zresztą w pół duszy słowiańskiej, po matce Czeszce. Trzy dalsze, poboczne postaci to: - Lidia, żona Hermanna - niewykształcona i mieszczańska - źródło tego imienia miałoby oznaczać pierwszą znaną z imienia chrześcijankę Europy, w języku hebrajskim oznacza spór, kłótnię; - Ardalion - Rosjanin, malarz-utracjusz, przyjaciel rodziny - patron tego imienia jest opiekunem komediantów; - Orlovius - prawnik Hermanna, człowiek prawy i bystry, zdaniem samego Hermanna zbyt prostolinijny, sztywny i nieużyty - ma w sobie być może zlatynizowanego, słowiańskiego orła i łacińską kostyczność. Hermann, biznesmen - drobny producent czekolady, którego przepełniają pomysły, nieobce są mu też ambicje artystyczne - planuje i popełnia morderstwo na niewinnym człowieku. Nie tyle dla pieniędzy, lecz by wyzwać świat, który wydaje mu się naiwny i łatwy do owinięcia sobie wokół własnego palca. Okazuje się jednak, że ta w jego mniemaniu naiwna i głupawa publiczność nie reaguje w sposób, jaki sam przewidział, nie podąża za wskazówkami "autora", lecz interpretuje "dzieło" po swojemu. Zirytowany morderca zamierza więc zostać własnym krytykiem: by podpowiedzieć publiczności, jak doskonałe było jego morderstwo, pisze powieść. Okazuje się jednak, że nie jest tak doskonałym 'autorem', jak sam o sobie myślał - robi błędy a publiczność osacza go coraz bardziej i, wbrew wszelkim przewidywaniom, widzi w nim nie artystę, lecz pospolitego mordercę. Zamiast obnosić się triumfem, "nadczłowiek" kończy skomleniem (choć wyobraźnią próbuje walczyć do końca). Stąd, z rozpaczy wynikłej ze zderzenia kreatywnej siły wyobraźni z nieplastyczną rzeczywistością, bierze się tytuł utworu. W powieści znajdujemy wprost wyrażony stosunek autora do reżimów faszystowskiego i sowieckiego(ZSRR Nabokov uważał za prototypowe państwo policyjne), które mógł widzieć z bliska, szydzi też przy okazji z krytyków literackich (Sartre!) i odbioru swych utworów: "Książka ma mniej 'białogwardyjskiego' posmaku niż inne moje emigranckie powieści, będzie więc mniej kłopotliwa i irytująca dla czytelników wychowanych na lewicowej propagandzie lat trzydziestych" (s.8). W innym miejscu w powieści jako bohater (notabene też z pochodzenia Rosjanin) zastanawia się, czy sowieckie wydawnictwa nie przyjęłyby jego powieści - przecież ukazuje, że człowiek jest na tyle już zuniformizowany, iż bez wysiłku można jednego zastępować drugim. Myślę jednak, że jeszcze bardziej sowieckie jest tam przekonanie o bezkarności zbrodni i brak jakiejkolwiek moralności. Nabokov sam zestawia Hermanna z Humbertem ("Lolita") - jego zdaniem, jak pisał w przedmowie do wydania amerykańskiego w 1966 roku, to niemal ten sam bohater, tylko opisany przez mniej i bardziej dojrzałego autora: "Hermann i Humbert są do siebie podobni tylko o tyle, o ile smoki namalowane przez tego samego malarza w różnych okresach jego życia przypominają się wzajemnie. Obydwaj są neurotycznymi łajdakami, jest jednak w raju taka zielona alejka, po której raz do roku wolno przechadzać się o zmierzchu Humbertowi, Hermannowi natomiast piekło nie pozwoli nigdy oddalić się choćby na chwilę." (s.9).

Wojny islamskie i kuchnia reporterki

Kałasznikow Kebab. Reportaże wojenne - Anna Badkhen

Zaskoczyło mnie jedno w książce: jak to możliwe, że jakieś lokalne amerykańskie gazety (jak 'San Francisco Chronicle' - ponad 200 tys. egz. nakładu, czy 'Boston Globe' - dwa razy tyle) mają ambicje i stać je na to, by wysyłać reportera na pierwszą linię wojny na drugim końcu świata? Pytałem też sam siebie: co robi na wojnie kobieta, w dodatku Amerykanka, ex-Rosjanka pochodzenia żydowskiego, matka małym dzieciom, bez znajomości jakiegokolwiek przydatnego języka i w krajach muzułmańskich jak Irak, Afganistan, Etiopia czy Palestyna (wyjątkiem jest tu rosyjskojęzyczna Czeczenia), w których żaden mężczyzna kobiet nie bierze na serio? A jednak, mimo iż porusza się po peryferiach wydarzeń, jej świadectwo jest interesujące i głęboko ludzkie. Pozwala nam spojrzeć na wojnę "od kuchni" - od strony kobiet i dzieci, które są najbardziej zagrożone w rejonach walk, a które boją się o swych bliskich i...gotują. Do każdego reportażu (każdy z innego miejsca i czasu, a jest ich tu 12) dostajemy więc przepisy na miejscowe przysmaki, bo jak pisze autorka, wszystkie jej pobyty w strefie wojny prowadziły do ludzi poprzez dzielenie się jedzeniem - stół stwarzał wspólnotę z ludzi, którzy byli sobie jeszcze przed chwilą obcy. To też historia towarzyszących jej osób: kierowców, tłumaczy i "ochroniarzy", którzy czytelnikowi stają się bliżsi. Najbliższe stały się dla mnie jej tłumaczki z Iraku - Sana' i Szadha, szyitka i sunnitka, obie wykształcone historyczki sztuki, obecnie pewnie w obozach dla uchodźców w Turcji albo gdzieś na drogach do Europy...Jedną z nich zawrócono do Bagdadu już z Czech. Szkoda, że mimo opowiedzenia ich historii, nadal są anonimowe i bez pomocy. Inaczej, niż rodziny muzyków z Iraku i Syrii, grający obecnie z Jordi Savallem w jego zespole Hesperion XXI, których rodziny są już bezpieczne w Hiszpanii i Francji.

W reportażu o Czeczenii ("Barszcz na wojnie") jej sympatia, mimo iż była obywatelką ZSRR, nie leży wcale po stronie rządu, który chcąc zabić (tak, tylko zabić - strzałem w głowę...) 40 czeczeńskich terrorystów, z których połowę stanowiły kobiety, okupujących teatr na Dubrowce, bez skrupułów śmiertelnie zatruwa gazem ok. 150 zakładników, nie podając nawet lekarzom ratującym ofiary rodzaju użytej trucizny. A niewykluczone, iż wysadzenie 4 bloków mieszkalnych w Moskwie, gdzie zginęło jeszcze więcej ludzi, było akcją służb specjalnych, służącą stworzeniu casus belli do ataku na Czeczenię i wyniesieniu Putina do władzy - dochodzenia w tych sprawach zostały utajnione... Obywatele ZSRR takie traumy nauczyli się "zajadać" tłustymi potrawami i zapijać wódką, by zapomnieć, że są tylko mięsem armatnim autorytarnej polityki.

Na koniec, w epilogu, autorka odwołuje się do Kapuścińskiego, który z konfliktu w Górskim Karabachu pisał, iż trudna rozmowa wymaga suto zastawionego stołu, zaś pusty stół ją mrozi. Badkhen to rozszerza: "W skrajnych sytuacjach propozycja podzielenie się chlebem oznacza więcej niż tylko zaproszenie do usłyszenia czyjejś historii. To szansa aby połączyć dwa życia: tego człowieka i twoje.
Wszyscy ludzie opisani w tej książce są dla mnie rodziną" (s.314). Ale to tak łatwo się pisze, gdy z członkami takiej rodziny nie utrzymuje się żadnego kontaktu...Wszystkie użyte w książce nazwiska - reporterów i niektórych bohaterów - są autentyczne.

I wniosek natury ogólnej: wojna ani rewolucja nigdy nie prowadzą do lepszego jutra. Przykładów, świetnie udokumentowanych, są setki a może tysiące. Jak to możliwe, że ludzie nie są w stanie tego zrozumieć?

Źródło materiału: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/128274/kalasznikow-kebab-reportaze-wojenne

Zwierzęta też ludzie

Znamy się tylko z widzenia - Zdenek Vesolovsky

Książka wieloletniego (1959-1988) dyrektora praskiego ogrodu zoologicznego, który pisząc o etologii różnych gatunków zwierząt opierał się na badaniach najlepszych badaczy w tej dziedzinie, jak m.in. Lorenz (był jego uczniem) czy Eibl-Eibesfeldt, ale również na własnej praktyce i obserwacjach. Większość licznych zdjęć jest autorstwa Veselovskiego z jego podróży do innych ogrodów zoologicznych (także na Zachodzie) jak i z takich miejsc, jak park Krügera w Afryce czy z Indii.
Autor podzielił książkę na części dla omówienia najważniejszych instynktownych zachowań, jakie występują u wszystkich gatunków, skupiając się jednak na najlepiej przebadanych ptakach i ssakach, niekiedy zaś tylko uzupełniając informacje o gady. Chodzi o instynkty związane ze zdobywaniem pożywienia, znajdowania partnera do rozrodu, wychowania potomstwa oraz instynkt agresji, ważny także dla pozostałych zachowań popędowych, wraz z omówieniem z jej hamulców, i instynkt zachowania życia. Nie została pominięta powszechna wśród młodych zwierząt chęć do zabawy, u niektórych gatunków jak koty, papugi czy delfinowate występująca i w późniejszym wieku. Veselovský próbuje sprostować niektóre błędne stereotypy dotyczące zwierząt, np. fałszywość powiedzenia "homo homini lupus", ponieważ wilki są jednym z najbardziej rodzinnych gatunków zwierząt, nie obawia się też wyciągać daleko idących porównań zachowań zwierzęcych do zachowań człowieka, gdyż jako zoolog traktuje człowieka w tych samych kategoriach. Zresztą jego zdaniem jedynym znaczącym wyróżnikiem ludzi ze świata zwierząt, elementem jaki człowiekowi pozwolił wysforować się w rozwoju dzięki opanowaniu sposobu akumulowania doświadczenia pokoleń, jest mowa. Mowa, a nie rozum. Ponieważ zwierzęta też mają swój rozum i gdyby tylko miały do dyspozycji kategorie językowe, też być może potrafiłyby formułować zdania i liczyć nie tylko do siedmiu. Autor w książce przemyca niekiedy pewne zawoalowane treści polityczne, gdy zauważa z przekąsem, iż gdyby ludzie rządzili się rozumem, elity społeczeństw wiedziałyby, że najlepszą ochroną przed agresją jest przyjazne współżycie, a nie żadne "żelazne kurtyny", co zwłaszcza w okresie tzw. normalizacji w CSRS, gdy książka powstawała, można było pewnie odczytać jako zawoalowaną krytykę stosunków panujących także w socjalizmie.
Dowiadujemy się z lektury wielu ciekawych faktów dotyczących zwierzęcego
postrzegania (np. że ptaki nie są w stanie odróżnić swego od cudzego jaja, ale każde pisklę ma dla nich cechy indywidualne albo że wielkie jajo zawsze wydaje się ptakowi bardziej atrakcyjne, niż własne) i czym uwarunkowane są ich zachowania. Bardzo interesujące wydało mi się, że dla ptaków (ale ma to także znaczenie u ssaków) najważniejsze są pierwsze godziny po wykluciu, ponieważ wtedy młodym wpaja się w sposób instynktowny obraz i głos tego, co/kto jest jego matką. I tak jeśli eksperymentatorzy podstawiali wykluwającym się kaczętom kaczora jako matkę, traktowany był on potem jako matka i zarazem wzorzec samicy, wskutek czego młodym kaczorkom był wpajany wzorzec męski jako żeński. Potem już do końca życia próbowały tokować tylko z innymi kaczorami, siłą rzeczy nie uzyskując nigdy potomstwa... Znalazłem tu też potwierdzenie własnych obserwacji, że zwierzęta domowe mają tę samą niezdrową tendencję do tracenia kontaktu se swą naturą w ludzkiej cywilizacji i do zapadania wskutek tego na choroby cywilizacyjne, jak ludzie - jeszcze jeden dowód naszego bliskiego pokrewieństwa.

Ogółem znajdziemy w książce wiele ciekawych spostrzeżeń dotyczących źródeł i schematów ich zachowania, pozwalających inaczej spojrzeć i na człowieka. Nie bez podstaw mówi się zresztą, iż najbardziej uczłowiecza nas dobry kontakt właśnie ze zwierzętami, nie z ludźmi: pozwalają nam wrócić do źródeł naszej natury.

Tylko spokojnie, synu, nic na siłę

Przezroczyste przedmioty (Polska wersja jezykowa) - Vladimir Nabokov

Tak, przeczytałem tę powieść Nabokova jeszcze raz - tym razem w innym tłumaczeniu - i stwierdzam, że było warto! Historia niby ta sama, ale inny język, inna też wyobraźnia tłumacza pozwalają ponownie delektować się humorem w nowych połączeniach słownych i w nowych obrazach. Inaczej też przez to docierają do nas opisywane zdarzenia. Wrażliwość pisarza na język można by porównać z wrażliwością muzyka na brzmienie: sam rytm i melodię odtworzy byle komputer typu Atari, ale to jeszcze nie muzyka. Podobnie jest z historią, streszczoną w pospolitych słowach - to o wiele za mało, by tekst nazwać literaturą, by oddała jakąś rzeczywistość - zewnętrzną czy wewnętrzną. Tłumaczenie Jolanty Kozak wydaje się bardziej współczesne językowo, niż poprzednie, odznacza się też wrażliwością na słowo, niekiedy lepiej uwydatniając i humor językowy, który autor uwielbia. To niesamowite, jak pomocne wyobraźni potrafią być słowa, gdy użyjemy ich niebanalnie. Choćby niedomykające się drzwi: "Hugo delikatnie zamknął za sobą drzwi, te jednak, niczym głupi szczeniak, zaskowytały i natychmiast ruszyły za nim do pokoju" (s.12). Inny rodzaj komizmu, niż z opisu na wskroś dla autora przezroczystych rzeczy (bo "widzi" ich dzieje wstecz i wprzód), jest wypuszczanie czytelnika w absurdalne szczegóły ich "życia". Weźmy przypadkowo pozostawiony przez stolarza w hotelowej komodzie "całkiem pospolity, walcowaty, w sensie technicznym pozbawiony charakteru, stary ołówek z taniej sosny, ufarbowanej na kolor mętnolila" (s.13). W długiej dygresji (począwszy od opisu drzewa, z którego powstał i sposobu pozyskiwania grafitu) dowiadujemy się wiele o całej historii i technologii produkcji ołówków w ogóle. Nabokov pokazuje przy tym, że nawet gdybyśmy naukowo i materialistycznie prześledzili do prehistorii wszystkie materiały, z których jest zbudowany i wszystkie etapy jego istnienia (w tym miejscu zdziwienie: czyżby autor czytał książeczkę "Pan Tom buduje dom" Themersonów??), pozostanie on dla nas przedmiotem przezroczystym, niepoznawalnym istotowo: bo nawet wtedy "sam namacalny ołówek (niestety) jakoś nam się nadal wymyka" (s.15). "Ale nie wymknie się nam Hugo Person" (bohater opowiadania) - solennie obiecuje Nabokov. I każe mu trzy razy przyjeżdżać do małego kurortu Witt w Szwajcarii. Pierwszy raz z ojcem w celach leczniczych - "W annałach wycieczek po Europie, zalecanych leciwym emerytom przez domowych lekarzy dla złagodzenia bólów samotności, nie znajdujemy ani jednej, która osiągnęłaby ów cel" (s.17). Po 8 latach jedzie tam po raz drugi - służbowo, ale traktując tę wyprawę trochę jako 'poszukiwanie straconego czasu', próbuje odszukać wcześniej poznane miejsca. I poznaje przyszłą żonę. Po raz trzeci powraca, by przypomnieć sobie właśnie ten poprzedni pobyt. Przez tę periodyczność, powtarzalność jaśniejsze się może staje Nabokova postrzeganie losu człowieka, wyrażone w zdaniu: "Życie ludzkie można przyrównać do osoby tańczącej wokół siebie we wciąż nowych wcieleniach" (s.113)? I wbrew obietnicom - Person, jak zresztą każda osoba, się wymyka...

Okazuje się także podczas lektury, że charakteryzowanie postaci niebanalnymi sformułowaniami może ukazywać je dokładniej, niż sążnisty opis: "Posiadam tytuł doktora filozofii, lecz nie znam niemieckiego. Zakochałem się w tobie, ale nawet palcem w tej sprawie nie kiwnę"(s.38).
Bez wątpienia Nabokov jest mistrzem skrótowego, ciętego opisu, który od razu stawia nam przed oczy pełny obraz, podobnie jak błyskawiczny, doskonały szkic ołówkiem potrafi przedstawić istotę twarzy czy krajobrazu. Jednocześnie autor z lubuje się w dodawaniu do opisu dowcipnych, drobnych uszczypliwości - wobec osób, narodów, języków: [Amerykanin, Hugo Person] "Postał chwilę przed sklepem sportowym; jeszcze raz postał przed sklepem sportowym - i kupił ładny, szary sweter z golfem i z maleńką, ale bardzo ładną, flagą amerykańską, wyhaftowaną tuż nad sercem. "Made in Turkey" - szeptała dyskretnie metka" (s.56-57).

To przecież wyjątkowe, że każde przeczytanie tej książki zwraca uwagę na inne jej aspekty i wątki, pozwala dojrzeć, jak mieni się jej materia, jak bogata jest w odniesienia - językowe, literackie, filozoficzne. Jest bowiem bardzo gęsta, choć rozmiar powieści niewielki. I po którymś przeczytaniu zdajesz sobie sprawę, że nic nie jest przypadkowe w tej kunsztownej formie opowieści, mimo takiego początkowego wrażenia.

Umieranie. Reportaż literacki

Przejrzystość rzeczy - Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Vladimir Nabokov

Późna twórczość dobrego autora może się realizować różnie - w dojrzałym języku, jak u Myśliwskiego, lub w dojrzałej formie powieści, jak tutaj u Nabokowa (powieść ukazała się w 1972 roku, pięć lat przed śmiercią autora).
Nabokow z wyraźnie widoczną radością bawi się formą i sposobem prowadzenia narracji, raz po raz opowiadając to w pierwszej, to w trzeciej, a nawet wprost zwracając się do czytelnika (lub od narratora do jednej z postaci) w drugiej osobie. Na karty powieści wprowadza całe zwykle niewidoczne tło wydawnicze: redaktora, wydawcę, tłumacza wraz z ich warsztatem pracy, zaś pisarzowi książki, wokół której cała akcja się toczy, wyznacza tylko poboczną rolę. Głównym bohaterem czyni bowiem korektora wydawniczego, pewnie swej własnej powieści, który na bieżąco komentuje jej fragmenty. Wiele okoliczności przemawia za tym, że pisarz - jeden z jej bohaterów - to porte-parole samego Nabokowa: jest znanym, amerykańskim autorem mieszkającym w Szwajcarii, jego dzieła, choć ukryte pod nieco szyderczymi tytułami, mają odpowiedniki w jego własnej twórczości, a komentowana wcześniejsza predylekcja, wtedy już starszego pana, do lolitek bez wątpienia świadczy o zdolności do autoironii i dużym poczuciu humoru Nabokowa.

Z korektorem jako głównym bohaterem otrzymujemy z dobrem inwentarza całą masę uwag warsztatowych i półprywatnych obserwacji dotyczących nie tylko tekstu, ale i otoczenia pisarza-bohatera oraz całej pracy związanej z wydawaniem książek. Znajdziemy tu oczywiście wątek miłosny, jest trup i skazany - wszystkie elementy potrzebne, by w Ameryce zapewnić książce sukces. A oprócz tego także garść uwag dotyczących etymologii i równoważników znaczeniowych rozmaitych słów w językach francuskim, rosyjskim i angielskim, w czym Nabokow musiał być mistrzem, podobnie jak w sztuce wkładania kija w mrowisko. Bowiem z jednego z dialogów słyszymy z ust powieściopisarza filipikę wygłaszaną do wydawców w obronie najdrobniejszych szczegółów interpunkcji, nazw własnych i tytułu w powieści, które są, jego zdaniem, układem aluzji i uszczypliwości skierowanych do czytelników, ale zarazem także do bezpośredniego otoczenia autora. Nie można więc w nich nic zamieniać, by niektórych wydarzeń zbytnio nie odsłonić, ludzi nie obrazić zanadto - bowiem wszystkie te elementy, jak system naczyń połączonych, mają swoją dokładnie wyważoną i zaplanowaną przez autora skalę skandalu i sensacji.

Mimo że krótka, powieść tworzy sugestywny i pełen nieco zgryźliwego humoru obraz stosunków panujących w światku literackim oraz stylu życia starej emigracji rosyjskiej w Szwajcarii.

Mięsożerność religii pokoju

Egipt: Haram Halal - Piotr Ibrahim Kalwas

Fantastyczny reportaż o Egipcie ale przede wszystkim - krytycznie! - o islamie. Przy czym najcenniejsze są tu motywacja i perspektywa: z miłości do tego kraju i do tej religii (dlatego z wielką pasją!) i - od wewnątrz. Bo autor, choć jest Polakiem, jest też muzułmaninem i mieszka w Egipcie. A to jedyna też chyba sytuacja, w której Egipcjanie z prześladowanych, odrzucanych bądź lekceważonych w arabskim islamie kręgów społeczeństwa (Koptowie, szyici, wyznawcy religii spoza formalnie akceptowanego kanonu (islam&judaizm&chrześcijaństwo) - np. bahaici, agnostycy, ateiści, zespoły rockowe, ale też w ogóle kobiety czy wegetarianie), często ukrywający przed władzami, tajnymi służbami i sąsiadami swoje przekonania, są skłonni rozmawiać z obcym, ale miejscowym, do których nikt inny by nie dotarł. W dodatku muzułmanie nie cierpią krytyki ze strony obcych - a tu pisze muzułmanin. I pisze z miłości, bo po prostu nie chce takiego archaicznego i nietolerancyjnego islamu, jaki Arabowie fundują światu. Język książki - pełen pasji, nie stroniący od grubiańskich słów - w takim kontekście nie razi. Książka sprawia wrażenie pisanej na gorąco, na dużych emocjach - jest zapisem zwykłych rozmów z ludźmi. A autor rozmawia z wszystkimi: sąsiadami, przyjaciółmi - profesorami i straganiarzami - o najbardziej drażliwych sprawach, o których w islamie nie rozmawia się nie tylko z obcymi, ale nawet w rodzinie. Rozmawia też z werbownikami tego nietolerancyjnego islamu.

Dopiero ta książka pozwala mi zrozumieć, jak bardzo "postępowe" i nieortodoksyjne są powieści historyczne Tariqua Aliego, który zawsze w centrum akcji swego 5-tomowego cyklu o islamie stawia nie sunnitów, salafitów, talibów itp., terroryzujących swą średniowieczną, często pozorną religijnością całą muzułmańską, a już zwłaszcza nieislamską społeczność, lecz kobiety, sufich, uczonych. Tyle, że przez to niestety zafałszowuje obraz islamu na zewnątrz - opisuje bowiem rzeczywistość na pokaz, której naprawdę nie ma - wersję piekła dla turystów, a jak jest naprawdę, dowiesz się jak zostaniesz. Autor został i pisze jak jest.

Poza ostatnim właściwie wszystkie opowiadania-rozmowy są poświęcone temu, co jest dla arabskiej religijności "haram" - nieczyste, tylko na koniec, a jest to chyba najbardziej plastyczny i zarazem okrutny obraz w tej książce, dowiadujemy się, co może być "halal" - dobre, błogosławione - "z czego Allah się cieszy". Masakra. Muzułmanin i wegetarianin - Kalwas to oksymoron.

Telewizja - tego zazdroszczą nam minione epoki

Drewniana Twierdza - Andrzej Pilipiuk

Akcja w trzecim tomie cyklu nabiera rumieńców, wychodzi z zapyziałej wioseczki, gdzie niewiele się dzieje, zyskuje (niemal dosłownie) wiatr w żagle, co dobrze robi powieści. Nawet wtręty dwudziestowiecznej mentalności i moralności chyba przez to już mniej rażą, choć wciąż jeszcze mnie śmieszy, iż po kilku miesiącach intensywnego życia w 17-wiecznym "realu" najbardziej bohaterom brakuje komputera, książek z biblioteki, muzyki w słuchawkach i... telewizji. Czyli najbardziej w życiu człowiek potrzebuje prefabrykowanej rozrywki. No cóż...
Pojawia się też wreszcie na dłużej nieco rubaszny, ale poczciwy, Kozak Maksym Omeljanowicz - chyba najsympatyczniejsza z postaci, zapowiadana dotąd na samym końcu poprzednich części tego cyklu listami do atamana.
Trochę jednak zaskakuje, że nauczyciel ze stażem odruchowo zaczyna nienawidzić Niemców, gdy tylko poczuje zapach Cyklonu B, mimo, iż używają go...Chińczycy. Coś jakby odruch Pawłowa? Opowiadania przodków o przeszłości najwyraźniej mają większy wpływ na stereotypy, niż jesteśmy w stanie przypuścić...

Duchy żerują na naszych uczuciach

Wtajemniczenie - Tomasz Węcki

Autor, Wrocławianin (dojeżdżający z Czebnicy?), sprytnie łączy rzeczywistość korporacji ze zwierzyńcem fantazy. Jak Łukjanienko wiąże niewidzialny świat duchów i czarów z ludzką psychiką. Mile zaskakuje też humorem, wyobraźnią i giętkim językiem copywritera lub grafika-freelancera (bo kto jeszcze może wiedzieć, że NAPRAWDĘ najczęściej zlecaną i znienawidzoną poprawką w projektach reklamowych jest własnie powiększenie logo zleceniodawcy?), wymyślając zabawną, zwierzoczłekoupiorną faunę. Akcja, wręcz detektywistyczna, prowadzi trafnie do węzła przesądów związanych z dzieciństwem, religią, poczuciem winy wobec rodziny - wielu czytelników może się z tym identyfikować. Przynajmniej w Polsce. Nie można także odmówić autorowi jakiejś elementarnej znajomości ezoteryki, vide wzywanie modnego neo-boga Kroma - Centralnego Wszechgalaktycznego Słońca, tu najwyraźniej opiekuna białej magii.
Udany debiut, wart moim zdaniem rozbudowania stworzonego świata w stylu Łukjanienki.

Literacki Chagall o Łemkach spod Baraniego

Carpathia. Trylogia łemkowska 1 - Maroš Krajňak

Język tej prozy jest nienaturalny, czasem udziwniony - autor w przeważającej partii tekstu pisze bowiem w czasie teraźniejszym i przyszłym, antycypując niejako językowo wydarzenia, które w gruncie rzeczy są już przeszłością. Nie jest to zabieg przyjazny dla czytelnika, ale obrazy nim przywoływane w jakiś sposób wywołują podobnie niesamowitą rzeczywistość, jaka dla innego czasu, innego ludu i innego kraju wyłania się z obrazów Chagalla. Rzeczywistość cudowną i magiczną, ponieważ pamięć ludzka, a tu także pamięć drzew, zwierząt i kamieni - pamięć świata - sprawia, że wszystkie zdarzenia, myśli i uczucia z przeszłości istnieją dalej: bohater spotyka na drodze postaci żołnierzy, którzy w różnych wojnach zginęli w okolicach Dukli, ożywają zabite zwierzęta. Wszyscy oni mają wpływ na rzeczywistość, przenikają się wszystkie czasy, są jednocześnie aktualne. Bo wszystko, co się stało - jest.

Motyw nawiedzających ten rejon wojen jest w powieści cały czas obecny - wszyscy zbierają porozrzucaną po lasach i górach amunicję, wykorzystując jej elementy do codziennych potrzeb a nawet w sztuce. Autor nazywa kilkanaście miejscowości i szczytów górskich, można się więc zorientować, jakie mniej więcej tereny oznaczone są, jak w filmie "Stalker" Andrieja Tarkowskiego, kryptonimem specjalnej psychofizycznej strefy (z rosyjska: "zony"): 3,2,1, 0. Ta ostatnia, epicentrum, z którego pochodzi narrator - wioska jego dzieciństwa, wydaje się leżeć już po polskiej stronie. Gdzie to jest, trzymane jest jednak w tajemnicy. Podobnie inne ważne miejsca dalszych "zon" nie są nazywane wprost, lecz poprzez związki z krewnymi i znajomymi narratora: wioska Heleny, wioska Diabła itp. Bywa to nużące. Jednak mam wrażenie, że autor musiał to zrobić w odruchu obronnym: jeżdżąc w celach genealogicznych po nieistniejących (akcja Wisła w Polsce) lub zrujnowanych i zasiedlonych na nowo przez przyjezdnych miejscowościach, konstatując ich zapyziałość, brak jakiegokolwiek smaku przy remontach chałup, obrazujący nieznajomość tradycji regionu i mentalne zacofanie nowych osiedleńców (nota bene obraz wypisz-wymaluj tego, co działo się często także z wioskami na polsko-czeskim pograniczu, nie tylko na polsko-słowackim: i tu, i tam paliło się w piecach drewnianymi elementami opuszczonych, starych, tradycyjnych chałup) musiał zastosować jakiś zabieg ukrywający rzeczywistość. Inaczej byłby to obraz zagłady tradycji i upadku. Obraz braku kontynuacji związanej z tą ziemią kultury (łemkowskiej). Żywi odcięli korzenie łączące ich z tradycją - przedstawia to obraz chłopa, który by zebrać czereśnie, bezmyślnie ścina piłą motorową całe drzewo, które od pokoleń ("od czasów celtyckich") karmiło wspaniałymi owocami całą wieś. Tradycji strzegą już tylko cienie przodków, duchy. Bo ci, nieliczni, którzy jeszcze mogliby się do niej przyznać, ukrywają się z nią przed światem, chcą jakby sami zapomnieć kim są, tak jak wolą zapomnieć barbarzyńskie, kłusownicze polowania na zwierzęta czy obdzieranie żywych jeszcze rannych i zostawianie ich na pewną śmierć w lesie dla pary butów w czasie ostatniej wojny oraz wiele innych traumatycznych wydarzeń, które dotknęły cały ten region w minionym stuleciu. Dlatego cudowność w opowiadaniu jest potrzebna, by móc oswoić brutalną przeszłość, a zarazem uatrakcyjnić peregrynacje po tej krainie dziś. Inaczej pozostałby z tego jedynie smutny reportaż o śmierci kultury, o końcu świata Łemków.

Nie wiem, w jaki sposób autor to osiągnął, ale ja, znając te okolice, mam wrażenie, iż jego proza - wbrew całej fantasmagorycznej otoczce - mówi nie tylko o realnych wydarzeniach i ludziach, lecz także o pewnej emocjonalnej, ludzkiej prawdzie tych miejsc. Choć jest to już perspektywa człowieka z zewnątrz, z wielkiego miasta, z "Łemkowyną" związanego wyłącznie przez pamięć rodzinną. A z perspektywy "z zewnątrz" trudno dostrzec pozytywy zmian.

P.S.
Być może Keso w powieści to słowacki filmowiec Jozef Keso Keselica a Dezider Milly, o którym się tam wspomina, był profesorem malarstwa i grafikiem, wywodzącym się także z Rusinów.

Świadomość przeszłości i trwanie, czyli "grzechy" Europy Środkowej

Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową - Andrzej Stasiuk, Jurij Andruchowycz

Obaj zaprzyjaźnieni ze sobą autorzy mają podobną "środkowoeuropejską" wrażliwość - tu jednak każdy swą Europę definiuje inaczej: Andruchowycz przez rodzinną historię, Stasiuk przez geografię, czyli przez czas i przestrzeń.

Andruchowycza zawsze pociągały ruiny i to, co minęło - przeszłość sprzed 1917 roku, która w socjalizmie została zanegowana i wymazana. Rozumiem go, lecz nie znam radości, jakie zachował w pamięci: z przyjaciółmi w młodości wędrował po ruinach zamków (m.in. jedynego zamku templariuszy na Ukrainie w Seredniem). Jak Rilkego "pszczoły niewidocznego" zbierali tam "niewidzialny miód", wspomina - miejsca takie były podnietą ich młodości i wyobraźni. Ja bym ruiny najchętniej odbudowywał...
W kolejnych częściach eseju, z których każda ma tytuł i charakter innego żanru literackiego, autor skupia się już bardziej na doświadczeniach bliższych i dalszych krewnych, które budowały jego świadomość. A jego rodzina wywodzi się z zachodnioukraińskiej inteligencji, która od początku 20 w. była mocno zaangażowana w ideę Samostijnej Ukrainy. Historie rodzinne w Europie Środkowej zwykle przeczą oficjalnym wykładniom historii panujących systemów politycznych: również w mojej rodzinie opowiadania babci i dalszych krewnych najczęściej falsyfikowały oficjalne twierdzenia, kto był wrogiem, a kto przyjacielem. Historia rodzinna w tej części Europy po prostu uniemożliwia wiarę w utopijne idee - jest szczepionką przeciwko przemijającym ideologiom. O ile ma się tylko oczy i uszy otwarte.
Właśnie to przywiązanie do historii zdaje się łączyć większość obywateli Europy Środkowej - "społeczeństwa nieszczęśliwych" - którzy wierzą w apokalipsę. Bo wydaje im się, że raj już był, a teraz wszystko chyli się ku upadkowi. A taka wizja jest obca mieszkańcom Zachodu - "społeczeństwom szczęśliwych". Na licznych konferencjach, w których uczestniczył Andruchowycz w latach 80-tych i 90tych, ci z Zachodu gromili w dyskusji swych środkowo-wschodnich adwersarzy, argumentując, że historiocentryzm jest rodzajem nekrofilii, z której nic dobrego nie wynika, bo zamiłowanie do historii nadaje się tylko do uzasadniania własnego nieudacznictwa ("historia przeszkodziła nam coś osiągnąć"). Mieszkańcy Zachodu nie chcą pamiętać historii, widząc w upadek i piekło przeszłości, a z tego stanu jakoby ludzkość dźwiga się własną pracą, dążąc wciąż do szczęśliwości i raju na ziemi. Reprezentują tym samą odwrotną wizję - nie apokaliptyczną a utopijną. Stąd Marx, rewolucje, awangardy, wynalazki i idee postępu. Dla mieszkańców Europy Środkowej historia jest pewnym memento, moralnym drogowskazem, balastem pozwalającym utrzymać pion w czasie żeglugi przez czas. Nazywają to "zakorzenieniem", podczas gdy dla ludzi Zachodu jest to tylko "zapętlenie" w historii.

Dla Stasiuka wykładnią wschodnio-europejskości jest geografia. Człowiek stąd obawia się równin, przez które wte i wewte przeciągają armie niszcząc wszystko po drodze. A im bardziej na wschód, tym równiej...Krajobraz ma tendencję do wdeptania wszystkiego w ziemię. Dlatego człowiek szuka raczej miejsc osłoniętych i pewniej czuje się gdzieś u podnóża gór, za jakąś naturalną przeszkodą - nie na środku gościńca. Poza tym pewien rozgardiasz, nieporządek i niewielkie wymiary np. budynków promieniują Stasiukowi ludzkim ciepłem. W Europie Środkowo-Wschodniej człowiek poszukuje potwierdzenia obecności w oczach sąsiada, jego chałupie obok, która dodaje otuchy - ludzie trzymają się razem, mają jakiś instynkt stadny, wolą być w kupie - tak jest bezpieczniej. Na Zachodzie oczy człowieka trafiają tylko w próżnię wszechobecnych luster - chrom, aluminium, szkło. Zwierciadła te odbijają ludziom ich samych. Ponadto Stasiuk poszukuje miejsc, gdzie czas nie płynie, gdzie się zatrzymał - tropi ulotne chwile, które jego bezruch i powtarzalność potwierdzają. Interesuje go trwanie i niezmienność. Dla tej części Europy charakterystyczne były niechęć do podróżowania (trzeba pilnować chałupy) i obojętność wobec upływu czasu (wystarczy być). To dla polskiego autora głęboka mądrość tego regionu, gdzie wszystko poza tym - budownictwo, mosty a także obecność osiedleńców - było nietrwałe, tymczasowe, miotane w różne strony przez militarne i polityczne potęgi. Trwanie jest więc największą wartością. Dla Stasiuka mistrzami w opieraniu się tymczasowości tej części świata są Cyganie, którzy nie budują pomników, piramid, bibliotek i muzeów - tych obiektów pychy, a przecież ich ciągła obecność tutaj jest "dowodem, że trwanie wcale nie musi oznaczać ekspansji, a uczłowieczony czas niekoniecznie zmienia się w historię".

Jak przeżyć w korporacji. Poradnik dla początkujących magów

W służbie klanu - Miroslav Žamboch

Žamboch stworzył świat, który rozpoznajemy w różnych jego powieściach i cyklach: klany czarowników, zorganizowane jak ponadnarodowe korporacje, zwykli ludzie, starający się przeżyć (są wśród nich i "racjonalizatorzy", potrafiący zrobić użytek z magii do praktycznych celów - takie AGD inaczej), górnicy, wydobywający cenne kruszce, m.in. kamienie szlachetne - surowce dysponujące mocą i służące wielkim tamtego świata, czyli głównie korporacjom i władcom oraz kupcy, którzy surowcami lub pożądanymi artefaktami (rzadkie księgi, nowe technologie, cenne kruszce) handlują. Aha, jeszcze najemnicy, pośrednicy i szpiedzy, wypełniający różne misje, wynikające z konkurencji między klanami i państwami. Jest to takie wyobrażenie przekształconego średniowiecza: handel to główne źródło dochodu, rzemieślnicy są trochę poza obszarem zainteresowania autora. Poznajemy ów świat w jego powieściach z punktu widzenia bohaterów, którzy wykonują różne zawody. Tu już po raz drugi (wcześniej w opowiadaniu "W ciemności" w zbiorze "Czas żyć, czas zabijać") autor skupia się na górnikach. A ja po raz drugi mam wrażenie, że to rodzaj baśni dla współczesnych dorosłych, którzy pod baśniową otoczką odnaleźć mogą struktury rzeczywistości i schematy zachowań adekwatne do współczesności. Włącznie z tęsknotą do tego, że jednostka ma szanse wygrać z korporacją, zwłaszcza gdy ta urzędniczeje, a zaślepiona zyskiem działa niegodnie i zapomina o celu, do jakiego została powołana. Gdy kadra menadżerska się alienuje od pozostałego zespołu, pracującego na dobro korporacji. Wystarczająco sprytny mściciel ukarze pysznych. Sprawiedliwość czasem zwycięża. Zwłaszcza jeśli potęgi grożą słabszym i kobietom. A kobiety są piękne i wcale nie niedostępne. Jak to w Czechach. Takie tam męskie tęsknoty i marzenia o rycerskich czasach. No i kasa zawsze też się musi zgadzać. A jednak, mimo pewnych niedociągnięć opisu (tłumacz?), czyta się, jak zwykle, doskonale.

Tundra w Pradze

Agent JFK 5 - Lodowa gra - Tomáš Němec, Kossakowski Andrzej

Tomaš Němec przejmuje 5. część serii o JFK i od samego początku - chyba jako jedyny - próbuje uparcie nawiązywać do wydarzeń z poprzednich tomów. Mam wrażenie, że duo Procházka&Žamboch nie dbało o to aż tak - każdy odcinek jest u nich raczej samodzielny. Autor nawiązuje też - czasem mniej, czasem bardziej udatnie - do naszej współczesności: mastodonty tupią jak perkusista Rammsteinu, portal przenoszący w czasoprzestrzeni przypomina efekty specjalne z filmów Rolanda Emmericha, w bazie agencji bohater, którego we wcześniejszych odcinkach serii Procházka wymyślił, czyta jego pierwszą powieść (nieprzetłumaczone na polski "Jabłka z Beltamoru") i denerwuje się, że to taka chała, okładka bez gustu (to fakt!), i że jej autor bezkarnie kpi z fanów swej twórczości, a w innym miejscu robi sobie przerwę tak, jak to zaleca reklama czekoladek, którą pewnie i my na co dzień oglądamy...

Z pewnością odcinek Němca prezentuje nieco inne poczucie humoru - z jednej strony trochę efekciarskie, z drugiej - bardziej zawoalowane i "męskie". Jego JFK pozuje trochę na Bonda: piękna bohaterka przed naradą podaje agentowi "biały kaptur" (?!), po czym "przez następne dwie godziny planowali, kombinowali i ustalali dalsze posunięcia". A następnie WSTALI, UBRALI SIĘ i wyszli. Już mam pełny obraz tematów tej "narady".

O pewne rzeczy chciałbym autora zapytać, jak jeden z jego bohaterów Procházkę, podejrzewając, iż ten kpi sobie odrobinę z czytelnika: akcja dzieje się w Praagu (Pradze), a ludność posługuje się tam "znów" dialektem niemieckim, choć miejscowi znają też czeski. Czyżby Niemcy przed zagładą atomową uciekali na wschód w przeświadczeniu, że tam przecież musi być jakaś cywilizacja? Mastodonty - kilkukrotnie większe od mamutów, które z trudem mieszczą się w ulicach, żyją w terenie zasypanym kilkudziesięciometrową warstwą śniegu i lodu - wystają tu tylko kikuty najwyższych wieżowców. Pytanie: czym się żywią? Bo na Syberii w tundrze wygrzebywały trawy spod śniegu. Ale tu musiałyby ryć jak krety. Dalej: 30-tysięczne miasto żyje mięsem i chlebem, a zboże na ten ostatni uprawia się w szklarniach na najwyższych piętrach chyba tylko 2 wieżowców. I ten areał wystarcza, pytam? Na takie niekonsekwencje Żamboch sobie chyba nie pozwala.

Ale rzecz czyta się znakomicie - dobra rozrywka, plastyczna wizja, niezłe rysunki Dominika Brońka. Czekam teraz, kiedy wydawnictwo się obudzi, by wydawać nasz ulubiony ciąg dalszy: w Czechach seria liczy już 35 odcinków...

Kosmologia śmietnika na parkingu

Piknik na skraju drogi - Borys Strugacki, Arkadij Strugacki

Wieki już temu obejrzałem inspirowany powieścią Strugackich film Andrieja Tarkowskiego. Dlaczego wyciągnął z niej tylko egzystencjalną samotność i obraz Strefy, jako zwierciadła psychiki człowieka? Zupełnie natomiast pominął humor i futurystyczność literackiego pierwowzoru - wszystkie fascynujące przedmioty i właściwości Strefy, dzieło naprawdę niezwykłej imaginacji. Podoba mi się zabieg autorski Strugackich, by opisywać je jednocześnie pojęciami ludowymi i naukowymi. Plastycznie te nazwy spolszczyła Irena Lewandowska, świetnie oddała też młodzieżowy język Reda w pierwszym rozdziale, gdy ma 23 lata (język bohatera z wiekiem się zmienia!).

Teoria pikniku (po radziecku) dała mi do myślenia. Wiem, że nie ma sensu apelować tutaj do piknikujących (i pozostawiających podobny "burdel", jak kosmici w powieści) na skraju naszych dróg - na leśnych parkingach, polanach i plażach: tacy raczej nic nie czytają. Ale wyobraziłem sobie podobną akcję na skraju jakiegoś leśnego parkingu w Polsce: ślimaki-stalkerzy, którzy weszli do puszki po piwie i pozostali tam już na zawsze. Ptaki, owady a także różne mikroorganizmy próbujące - często ze szkodą dla zdrowia i życia - wykorzystać pozostawione "fanty": zasolone lub słodkie resztki jedzenia, tłuczone szkło, plastikowe opakowania...Efekty tego ludzkiego "lądowania" będą na nie i na środowisko oddziaływać negatywnie jeszcze przez pokolenia...

Teraz czytam

Życie towarzyskie i uczuciowe
Leopold Tyrmand
Podrzyj, wyrzuc, zacznij jeszcze raz
Simon Reynolds
Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną
Sylvie Simmons
Kronika życia królowej
Ana Tortajada
Kałasznikow Kebab. Reportaże wojenne
Anna Badkhen
Człowiek bez właściwości t.1/2
Robert Musli
Obce miasto. Wrocław 1945 i potem
Gregor Thum
Zapomniane światło
Jakub Deml
Droga pełniejszego mężczyzny. Duchowy przewodnik po świecie kobiet, pracy i pożądania
David Deida
Good night, Dżerzi
Janusz Głowacki