Poezja to doświadczenie, nie ładne słowa

Gdyby wiersze miały drzwi - Grażyna Pysznicka-Kozik

Poezje, które naprawdę mówią coś o świecie, czytam dłużej niż sagi. A i pożytek z tego jest większy. Doprawdy trudno zrozumieć zachwyt dla wodolejstwa w dobie dzisiejszego szumu informacyjnego, gdy już wieki dawne ceniły głównie lapidarność. Odnajduję realne, często bolesne DOŚWIADCZENIE świata - i to bardzo różnorodne! - w wierszach tego jednego pokolenia czeskich poetów. Pokolenia, które chyba jako ostatnie "zakosztowało" socjalistycznej polityki kulturalnej, a wielu z nich zakazu publikowania, pracy w najgorszych miejscach, losu wyrzutków społecznych czy emigracji. Liczni sięgają po surrealizm i absurd jako środki wyrazu. Widać była/jest taka potrzeba.

Petr Motýl jest (ostrawskim) Ślązakiem, co widać od razu w jego pejzażach i w bezpośrednim stosunku do świata, do języka i braku zahamowań - wiersze jak rozmowy robociarzy przy piwie, ale nie jest to żadna "robotnikomania" socrealizmu, a autentyczna perspektywa człowieka pracy, który też może dziwić się światu - więc filozofować.

Jachýma Topola nie trzeba przedstawiać - to chyba najbardziej w Polsce znany autor z tego zbioru. Pisze rockowo (m.in. jego teksty były wykorzystywane w undergroundowych grupach rockowych: Psí vojácí, Národní třída, Načeva) bez znieczulenia. W swoistym manifeście poetyckim (Wiersze głupie i wulgarne) porównuje autorów poezji oficjalnej i nieoficjalnej:
"najlepiej wy poeci narodowi
zarobić sobie najpierw na dobry
gęsty dywan
a potem się na nim byczyć"
(...)
"ja agresję
rozładowuję w głupich wulgarnych wierszach
samotnie w nocy"

Krchovský był najmłodszym rockowym autorem granym przez Plastic People of the Universe - zespół-legendę czeskiej alternatywy, ponieważ uwięzienie jego lidera w gruncie rzeczy sprowokowało proklamację Karty 77. O sensie poezji pisze (Boję się kropli, które zostaną w śniegu):
"Tak, jak zecerzy czytają skład od tyłu
ja co dzień kładę odcisk na swej ranie
wiersze są w tak dziwnie nieznanym narzeczu
- można je zrozumieć gdy są napisane...

Kolmačka lubi kontrasty, finezję potrafi spuentować dosadnym obrazem, także on maluje czernią i bielą, wyławia z rzeczywistości okruchy poezji(***):
"Ściemnia się, zbieram okruchy muszel,
meduzy, konchy i kolce,
wszystko, co wypłynęło
na opustoszały brzeg"

W wierszach J.K.Čapka, zafascynowanego Artaudem ("krew musi być czuć" - bez krwi życia rzeczywiście nie ma poezji), króluje paradoks. Ważne, by tak bawić się poetyką, aby "znaczące wydostawać kleszczami położniczymi na zewnątrz" (W głębi duszy skene).

Mimo bajkowego entourage'u zrobiły na mnie wrażenie teksty Správcovej, zwłaszcza dworcowe klimaty. Jeszcze silniej oddziałuje jednak poezja Chlíbca. Jakimi środkami? Silnym, realnym obrazem, który zawsze jest jednak metaforą losu, trafnym zarysowaniem relacji między ludźmi - kobietą i mężczyzną, oddaną prostymi słowami (Sekretne odwiedziny):
"nie, nie miał już nadziei,
jednak współczucie wciąż mu towarzyszyło,
jak jego dziecko -
bezradne i pełne delikatności"

Telerovský to czynny i uznany psychiatra, a swe wcześniejsze doświadczenia z kliniki zapisał w swego rodzaju poetyckim dzienniku, publikowanym w tomie we fragmentach. Konfrontacja odrażającej fizyczności szpitala psychiatrycznego, ociekającej moczem i fekaliami, skontrastowana są tu z nadzwyczajną świeżością cytowanych wypowiedzi pacjentów. Tekst ten nie pozostawia obojętnym.

Pavel Petr jest poetą kameralnego, intymnego obrazowania (Umiemy się nie bać):
Pozostać razem./Zdjąć buty przed progiem./Pogardzać swoim utrudzeniem./Przepłyń./Moje wszystko. Moje nic./My najgodniejsi./My osłów dosiadający./Namawiasz, bym kazał osiodłać./Waham się./Przed siewem.

Kremlička w czasach domowej wojny w Jugosławii, w cyklu wierszu upersonifikował Bośnię, która pojawia się w Pradze w knajpie i innych codziennych miejscach, dając znać o sprawach ostatecznych. Jednak autor nie jest pozbawiony poczucia humoru, zwłaszcza w odniesieniu do powołania poety:

Co śpiewał poeta w drodze
z miasta, gdzie złożył swój urząd

Kraina skąpana w księżycowym świcie,
zboże mdławo rozbłyska.
Za wzgórzem (tam jest ma wioska)
słyszę już suk wycie.

Tomaš Přidal nie epatuje czernią i pesymizmem, nie utrudnia prozodii, nie wymyśla nowych ani nie wyszukuje zapomnianych słów, nie tworzy wierszy z kapelusza. Ale jego wiersze są jak mini-przypowieści lub sny. Najbardziej zauroczyły mnie: dziecinny sen o melonach (Melony) i wiersz o naturze tak dziś pożądanego szczęścia (Szczęście):

W pewnych miejscach
w Patagonii
nie ma stacji kolejowych
ponoć trzeba tylko stanąć przy torach
i machać z nadzieją,
że maszynista zlituje się nad człowiekiem.

I wtedy: Tuż obok
przejeżdża komplet wagonów,
tak blisko, że widać
przez okno do środka, przy piecu
popija konduktor z podróżnymi
gorącą wodę z listkami ostrokrzewu
- a człowiek macha i macha,
aż do chwili,
gdy go minie bez zatrzymania
ostatnia para zderzaków

Dla tych więc, którym zależy: machajcie z (prawdziwą!) nadzieją. Pozostali pójdą piechotą.