Tundra w Pradze

Agent JFK 5 - Lodowa gra - Tomáš Němec, Kossakowski Andrzej

Tomaš Němec przejmuje 5. część serii o JFK i od samego początku - chyba jako jedyny - próbuje uparcie nawiązywać do wydarzeń z poprzednich tomów. Mam wrażenie, że duo Procházka&Žamboch nie dbało o to aż tak - każdy odcinek jest u nich raczej samodzielny. Autor nawiązuje też - czasem mniej, czasem bardziej udatnie - do naszej współczesności: mastodonty tupią jak perkusista Rammsteinu, portal przenoszący w czasoprzestrzeni przypomina efekty specjalne z filmów Rolanda Emmericha, w bazie agencji bohater, którego we wcześniejszych odcinkach serii Procházka wymyślił, czyta jego pierwszą powieść (nieprzetłumaczone na polski "Jabłka z Beltamoru") i denerwuje się, że to taka chała, okładka bez gustu (to fakt!), i że jej autor bezkarnie kpi z fanów swej twórczości, a w innym miejscu robi sobie przerwę tak, jak to zaleca reklama czekoladek, którą pewnie i my na co dzień oglądamy...

Z pewnością odcinek Němca prezentuje nieco inne poczucie humoru - z jednej strony trochę efekciarskie, z drugiej - bardziej zawoalowane i "męskie". Jego JFK pozuje trochę na Bonda: piękna bohaterka przed naradą podaje agentowi "biały kaptur" (?!), po czym "przez następne dwie godziny planowali, kombinowali i ustalali dalsze posunięcia". A następnie WSTALI, UBRALI SIĘ i wyszli. Już mam pełny obraz tematów tej "narady".

O pewne rzeczy chciałbym autora zapytać, jak jeden z jego bohaterów Procházkę, podejrzewając, iż ten kpi sobie odrobinę z czytelnika: akcja dzieje się w Praagu (Pradze), a ludność posługuje się tam "znów" dialektem niemieckim, choć miejscowi znają też czeski. Czyżby Niemcy przed zagładą atomową uciekali na wschód w przeświadczeniu, że tam przecież musi być jakaś cywilizacja? Mastodonty - kilkukrotnie większe od mamutów, które z trudem mieszczą się w ulicach, żyją w terenie zasypanym kilkudziesięciometrową warstwą śniegu i lodu - wystają tu tylko kikuty najwyższych wieżowców. Pytanie: czym się żywią? Bo na Syberii w tundrze wygrzebywały trawy spod śniegu. Ale tu musiałyby ryć jak krety. Dalej: 30-tysięczne miasto żyje mięsem i chlebem, a zboże na ten ostatni uprawia się w szklarniach na najwyższych piętrach chyba tylko 2 wieżowców. I ten areał wystarcza, pytam? Na takie niekonsekwencje Żamboch sobie chyba nie pozwala.

Ale rzecz czyta się znakomicie - dobra rozrywka, plastyczna wizja, niezłe rysunki Dominika Brońka. Czekam teraz, kiedy wydawnictwo się obudzi, by wydawać nasz ulubiony ciąg dalszy: w Czechach seria liczy już 35 odcinków...