Skrytobójcy w Gdańsku

Oko Jelenia. Triumf lisa Reinicke - Andrzej Pilipiuk

W piątym tomie przygód belfra i gimbusa ze współczesności w 16 wieku mamy okazję przyjrzeć się realiom życia w ówczesnym Gdańsku. Po raz pierwszy dostrzegam dbałość o te realia, choć fantastyka ma swoje prawa i nie musiałaby ich tak przestrzegać (i nie przestrzega). Obaj bohaterowie coraz lepiej posługują się staropolszczyzną - i słusznie, w Gdańsku mają okazję się jej trochę poduczyć. Pilipiuk ponownie objawia się jako piewca kozackiego ethosu - i dobrze, należy niwelować błędne, tylko negatywne stereotypy posienkiewiczowskie. Również urzędnicy miejscy oraz ceklarze są tu nieoczekiwanie solidni i niemal nieprzekupni, co się im chwali ("obywatelu popieraj swoją policję!") - to słuszna opcja państwotwórcza. Mimo to trup ściele się gęsto, pojawiają się też nowe strony międzygalaktycznego konfliktu: oprócz tajemniczych, niemych ninja pieczętujących swe czyny wilczym ogonem objawia się Markowi, niczym duch w pijanym widzie, pierwotny właściciel scalaka-Oka Jelenia, potrafiący podróżować w przestrzeni Minkowskiego (Pilipiuk popularyzuje mimochodem jego teorię czwartego wymiaru). To zagęszcza akcję, zapowiada jej dalszą komplikację i może wyjść tylko na dobre dalszym tomom cyklu.
Najsłabsze, jak zwykle w tym cyklu, są "moralne rozterki" Staszka związane z seksualnością i żal Marka, że nie czytał literatury, która mogłyby mu się przydać w życiu (np. kryminałów, by wiedzieć, jak zachować się w więzieniu). Wiadomo - życia można się nauczyć tylko z literatury. Doceniam żart, w którym Pilipiuk cytuje nazwiska "szlachetnie urodzonych warchołów" zapisane na ścianach gdańskiego loszku - przynajmniej po części innych autorów polskiej fantastyki.