Opętani

Opętani - Chuck Palahniuk Męczyłem się przy tej pseudogotyckiej powieści, choć jest znakomicie napisana, przetłumaczona i zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. I właśnie to ostatnie drażniło mnie tak samo, jak drażnią wszelkie hollywoodzkie thrillery, kryminały i filmy sensacyjne, w których każda następna scena ma wyżyłować u widza jeszcze więcej strachu, jeszcze więcej napięcia, wycisnąć jeszcze jedną łzę współczucia. Tu w taki sam sposób autor podbija bębenka: stopniuje do niemożliwości opisy rozkładu, śmierci, samookaleczenia, a przy tym wszystkie te okropności bohaterowie popełniają jedynie dla perwersyjnej żądzy zdobycia sławy i pieniędzy, która - tu w iście amerykańskim stylu i wydaniu - drażni, drażni do bólu, odpycha, napawa obrzydzeniem. Idę o zakład, że każde takie odczucie czytelnika przez autora zostało przewidziane i zaplanowane. Znajomość reakcji czytelnika czyni z tej powieści istny warsztatowy majstersztyk. Widać, że Palahniuk sam mógłby prowadzić kursy pisania, a może w sposób zamierzony wykorzystał sprzedawaną tam wiedzę? Bowiem mimo skomplikowanej struktury, dość kunsztownej formy i sporej ilości opisywanych postaci książka napisana jest tak, by nie pozwolić pogubić się w akcji nawet mniej rozgarniętemu czytelnikowi: każdy tytuł rozdziału charakteryzuje skrótowo rodzaj opisanych tam wydarzeń, każdy bohater ma złożony z przymiotnika i rzeczownika przydomek, sprowadzający jego historię do hasła, a każdy rozdział poprzedza poemat prozą, przedstawiający, jak w makabrycznym kabarecie, wystąpienie każdego z bohaterów w światłach rampy, pozwalając mu zaprezentować swą opowieść jednocześnie towarzyszom niedoli, przyszłym wyobrażonym widzom, a także nam, czytelnikom. Sytuacja bohaterów tego "literackiego odosobnienia" - wyrwanie z codziennego życia grupy ludzi i umieszczenie ich w odseparowanym miejscu, by mogli się skupić wyłącznie na wymyśleniu i napisaniu dzieła, które uczyni ich sławnymi - ma swój pierwowzór w historii literatury, ale zarazem pokazuje, jak daleko się od niego we współczesnym świecie oddaliliśmy. W 1816 roku bowiem we własnej, rodzinnej, letniej willi w Szwajcarii, zwanej Willą Diodati, spędzali wakacje Byron oraz Shelley z partnerkami: Claire Clairmont i Marią Godwin (później Shelley), a także John Polidori. Wakacje nieudane, ponieważ było to najzimniejsze lato stulecia (słynny w swoim czasie "rok bez lata"). Nie wychodzono więc z domu, oddawano się dysputom filozoficznym, seansom spirytystycznym i zaczytywano się niemieckimi opowieściami ludowymi o duchach, dla zabawy wymyślając też własne, co straszniejsze historie. Efektem tego spotkania były wydane później m.in. "Frankenstein" Mary Shelley i "Wampir" Polidoriego, które zrobiły tak oszałamiającą karierę w kulturze popularnej jako poczatek powieści gotyckiej. Jakże inaczej odbywa się takie literackie spotkanie dziś u Palahniuka... Niedoszłych literatów zbiera się poprzez ogłoszenie, pakuje w nocy do autobusu i zamyka z liofilizowanym żarciem w wynajętym bunkrze-wodewilu, przetrzymując wbrew ich woli. Autor nawiązuje do sytuacji z doby romantyzmu, kiedy opowiadanie sobie w towarzystwie historii z dreszczykiem było sposobem na nudę, ale w swej powieści uczynił wszystko, by nie dać się nudzić współczesnemu czytelnikowi, który nie boi się duchów, a jeśli czegoś w ogóle, to przeciętności, masakry, może trochę śmierci. I pokazał żywe postaci, które są bardziej odrażające niż trupy i rozkład przez ich chorą żądzę poklasku i sławy, żądzę bycia w centrum medialnego zainteresowania za wszelką cenę. Najłatwiejszą zresztą drogą - poprzez wykreowaną przez media modę na zainteresowanie ofiarami wszelkich gwałtów i okrucieństw. A odpowiednio bezkompromisowi nieudacznicy z braku wyobraźni gotowi są wzajemnie się pozabijać i pożreć, byle tylko zapewnić publikatorom odpowiednią dawkę horroru... Wyobraźnia już dziś się bowiem wcale nie liczy. Groza powieści gotyckiej wobec wiadomości dziennika to dziecinna bajka. Muszę przyznać, że niejednokrotnie miałem ochotę przerwać lekturę, na szczęście także dla niecierpliwego czytelnika Palahniuk przygotował miłe niespodzianki w postaci wysepek humoru. Już poszczególne opowiadania, każde z osobna, mimo przedstawionych w nich okrucieństw, w ironiczny sposób ukazują świat. Tak, nasz świat, bowiem podobne historie zdarzyły się naprawdę. Ale trzy z nich, rozmieszczone w dość równomiernych odstępach w książce, pomimo podobnego poziomu makabry, poprzez dodatkowe spiętrzenie w nich czarnego humoru pozwalają uzyskać pewność, że autor puszcza do czytelnika perskie oko. Każą też w pełni docenić jego poczucie sardonicznego humoru a zarazem ogromny potencjał krytyki społecznej, jaki udało mu się zawrzeć w popularnym przecież i rozrywkowym dziele literackim. Bo obserwując uważnie społeczeństwo, dostrzega, jak Orwell, tendencje rozwojowe, i niekiedy nieco wybiega w przyszłość... Takimi wyjątkowymi wizjami były dla mnie opowiadania: "Menele" (rzeczywistość, w której bogacze, udają meneli, bo jeszcze tylko w anonimowości pozostała resztka wolności), "Gorzka mowa" (historia w seksistowski sposób zgwałconego i odartego z godności transseksualisty, który przyszedł do grupy wsparcia dla kobiet, prowadzonej przez zmaskulinizowane feministki) i "Dysertacja" (opowieść o doktorantce, gotowej przespać się z yetim, byle znaleźć trop badań do wymyślonego wątku dysertacji). To w nich, jak w krzywym zwierciadle, przegląda się świat, sprowadzony do absurdu - świat, w którym żyjemy. Te trzy gejzery czarnego humoru to jednak tylko wprowadzenie do ostatniego opowiadania pt. "Przeżytek". Jest to parodia rzeczywistości, która nagle staje się koszmarem dla subkultury gothic, wyrosłej własnie na wczesnoromantycznej literaturze grozy. Jak mogłoby być inaczej, gdy eutanazja staje się zdobyczą cywilizacyjną, samobójstwo zaczyna być modne w kręgach celebrytów, a w języku odwracają się znaki - eufemizmy zastępują słowa odpowiedzialne dotąd za makabrę i strach. Co ma zrobić dotychczasowy fan gothic, gdy słowo "śmierć", zastąpione zostaje "wyzwoleniem od cierpienia", nie ma już "samobójstwa" lecz tylko "emigracja", nie tylko nikt nie boi się śmierci, lecz się ją wręcz propaguje, organizuje, reklamuje i wmusza...W tej sytuacji gothic to już nie żaden underground ale mainstream! Wyobraźnia Palahniuka idzie dalej, a ja się śmieję do rozpuku. Ta parodia, która już przecież po części jest naszym udziałem, to jednocześnie także diagnoza, jaką pisarz stawia społeczeństwu: uratować świat może tylko aktywność. Aktywność polegająca na umiejętności przebaczenia - tego, co uczyniliśmy innym i tego co uczyniono nam. Umiejętność zapominania zła. Ale większość z nas woli je rozpamiętywać i czekać, i cierpieć w nadziei, że ktoś nasze cierpienie wyeksponuje, doceni i nas za nie nagrodzi. "Przecież musi być jakaś sprawiedliwość". Wieczne mrożkowskie pokazywanie wybitego za okupacji zęba, absurdalne eksponowanie osobistej martyrologii. Nie tylko na poziomie ideologii czy wspólnoty narodowej - w podobnej przecież roli ustawia kobiety (ale nie tylko) nasz rodzimy model małżeński. W gruncie rzeczy nieumiejętność przebaczenia - Bogu i ludziom - oraz rozpamiętywanie własnej krzywdy to przecież istota coraz bardziej dziś modnego satanizmu. Wystarczy posłuchać rocka. Powieść gotycka umarła, ponieważ przerosła ją rzeczywistość. Palahniuk w literacki sposób strawestował wydarzenie, które przed 200 laty zdecydowało o narodzinach całego gatunku literatury - spowodowało narodziny powieści grozy. I dopisał mu dowcipne podzwonne. Strach tylko pomyśleć, co by wyszło spod jego pióra, gdyby poszukał inspiracji w Dekameronie...