Czas Czerwonych Gór

Czas Czerwonych Gór - Petra Hůlová Nie mogę wyjść z podziwu nad dojrzałością formy pierwszej powieści Hůlovej. Urzeka mnie najpierw język - sposób opowiadania taki, jakim opowiada się żywe jeszcze sagi rodzinne, które zlewają się z mitem, przechodzą w pamięć rodu. W dodatku opowiadający traktują nas, czytelników, jako współplemieńców - nikt nam nie tłumaczy, co to jest ger czy del, jak i z czego robi się budze albo kto rodzi się erlicem. Nie zdradzamy się z naszą niewiedzą, bo czujemy, że to nie uchodzi i z czasem domyślamy się, jakie te słowa mają desygnaty. Bez żadnego słownika ani przypisów. Autorka traktuje nas jak dorosłych, nie tłumaczy jak dzieciom - od razu wchodzimy w środek opowieści. W dodatku nie otrzymujemy historii z jednej ręki, lecz słyszymy opowiadanie od różnych osób, tak jak się takie historie opowiadało kiedyś, bez książek, przez wielokrotne powtarzanie, a wiadomo, że każdy z członków rodu taki rodzinny mit ubarwia po swojemu. Każda z opowiadających kobiet ma inny charakter, inaczej czuje i myśli, więc zmienia się też język, system wartości, niemal słyszymy ich odmienne glosy, inną prozodię opowiadania. Słuchając następujących po sobie monologów układamy sobie losy pobocznych postaci, ponieważ każda z opowiadających wie coś innego - w jednej kwestii więcej, w innej mniej... Na podstawie głosów 3 pokoleń jesteśmy w stanie obserwować, jak przemiany kulturowe zmieniają mentalność bohaterów dramatu - obserwujemy to w nich od środka. To wyjątkowa perspektywa. Podobny chwyt kompozycyjno-stylistyczny zastosował wcześniej w mistrzowski sposób Lawrence Durrell w "Kwartecie aleksandryjskim", ale nie sądzę, by autorka do niego nawiązywała. Natomiast także tutaj to działa - opowieść zyskuje dodatkowe światło, rzeczy i postaci oświetlone z innej strony rzucają inny cień, obraz nabiera głębi, decyzje zyskują inny wymiar. Wiele recenzujących osób obrusza się na okrucieństwo, z jakim los się z bohaterkami obchodzi, może na ich naiwność, która wydaje je na żer światu, na pozorną bierność, z którą godzą się na najgorsze. One jednak są przecież świadome możliwości i konsekwencji swych wyborów. Żyją w gorsecie paternalistycznej kultury, która na więcej im nie pozwala. Jest to los setek tysięcy kobiet w Azji i w wielu krajach na całym świecie. Co nie oznacza, że jakikolwiek feminizm byłby remedium na ten stan rzeczy. Potrzebna jest integracja tradycyjnego systemu wartości ze zmienionymi stosunkami pracy, życia, a to wymaga wiele czasu. Tyle że, niestety, wiele istnień ludzkich staje się tymczasem ofiarami tych przemian - w aspekcie fizycznym, społecznym i psychologicznym. W gruncie rzeczy, choć opowieść toczy się w mongolskim otoczeniu, przy pewnej zmianie dekoracji i modyfikacji zwyczajów mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek. Jest ponadczasowa i bardzo kobieca. Mnie zachwyca odmienność charakterów poszczególnych postaci, różnorodność ich reakcji, temperamentów, motywacji. Ich wschodnia pokora, pogodzenie z własnym losem, oddanie inicjatywy i odpowiedzialności mężczyznom jest bardzo azjatycka, ale dramaty przebiegają głębiej i pasują do każdej szerokości geograficznej, rozgrywają się w każdej kulturze na pograniczu nowoczesności i tradycji. I obawiam się, że w Europie wiele dziewcząt myśli już tylko kategoriami młodej Dolgormy. Uwierzyłem autorce tej opowieści chętnie i we wszystko. No, może prawie we wszystko. Jedynie losy Mergena i Nary - postaci nie kierujących się już wcale tradycyjnym systemem wartości, z dość merkantylnym stosunkiem do życia, wydały mi się jakoś zbyt romantyczne... Autorka każe im czekać po 20 lat i więcej na kochanków, z którymi los nie chciał ich połączyć na początku ich życia. Nara została odrzucona, ponieważ "kochała za bardzo" - oddała się całkowicie mężczyźnie, który nie umiał tego przyjąć. To można jakoś zrozumieć. Mergen jednak czekał, aż kochanka porzuci swą rodzinę - męża i dzieci, a sam skracał sobie czas alkoholem i wizytami w lupanarze. Gdyby był mężczyzną, winien był sam coś zrobić. Trudno mi uwierzyć w szczerość tego oczekiwania. Prędzej uwierzyłbym, że, jako Chińczyk, był opiumistą niż romantykiem... No chyba, że były to tylko takie nierealne mrzonki - wspomnienie alkoholika oraz głęboko rozczarowanej dziewczyny - z czasów młodości, kiedy marzenia nie były jeszcze skonfrontowane z rzeczywistością, kiedy oboje jeszcze nie umieli skierować nurtu życia tak, by biegł po ich myśli. Bo wśród postaci tej powieści są jedynymi, które mogłyby sobie na taką aktywność, na działanie wbrew tradycji pozwolić i żyć zgodnie z własną wolą, z własnymi zachciankami. Dziwne - to najbardziej europejskie podejście do życia, ale to nie z nimi łączy nas nić sympatii...